niedziela, 26 stycznia 2014

Od Emily

Dlaczego to ja muszę robić dzisiejszy obchód!? Zwykle robi to policja, więc dlaczego ja!? Po raz kolejny najgorsze zadania spadają na mnie... O tej porze dnie nic się nie dzieje, więc po jaką cholerę zarządzili obchód!? Wjechałam w kolejną uliczkę i zatrzymałam się na poboczu. Tym razem miałam zajrzeć do paru zamkniętych już sklepów, żeby sprawdzić czy nie działają przypadkiem jakieś nielegalne organizacje. Oczywiście robię to wszystko sama, bo zwykle moi partnerzy przez przypadek zostają przeze mnie zabici. Naładowałam magazynem niewielkiego, podręcznego pistoletu i schowałam go za pasek. Do pokrowca włożyłam katanę, a potem ruszyłam do pierwszego budynku. Księgarnia... Już dawno zamknięta, więc mogłam bez problemu zabrać coś dla siebie. Moja biblioteka ma niewielkie braki w księgozbiorach. Weszłam spokojnie do pomieszczenia. Nie wyczułam nikogo, ale na wszelki wypadek trzymałam broń w ręku. Przeszłam przez niewielki pokój, a potem weszłam do korytarza prawdopodobnie prowadzącego do pokoju dla personelu. Nie myliłam się. Było cicho. Jedyne co słyszałam to bicie własnego przyspieszonego serca. Adrenalina i wyobraźnia robią swoje. Otworzyłam delikatnie drzwi od pomieszczenia i czekałam na jakiś ruch. Nic się nie stało. Rozluźniłam się i weszłam do środka. Nikogo tu nie było, a to oznaczało, że mogłam sobie spokojnie poprzeglądać książki, które zostały jeszcze po dawnych właścicielach. Teraz to miejsce należało do tak zwanego "rządu", choć tak naprawdę nie było wiadomo kto w tym rządzie jest. W każdym razie my byliśmy organizacją rządową, więc mogłam bezkarnie wszystko powynosić. Nie wzięłam jednak nic, ponieważ zbyt dużo rzeczy zostało. Najwyżej innym razem zlecę komuś przewózkę książek stąd do mojej biblioteki. Wyszłam z budynku i poszłam dalej. W następnych dwóch sklepach nic nie było. Były od dawna opuszczone, a gabloty stały puste. Następna była cukiernia. Wystawa była stosunkowo świeża, więc  pewnie ktoś tu jeszcze zagląda. Przeszklone drzwi o dziwo były otwarte. Wlazłam powoli do środka i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nikogo nie było... znowu. I powiedzcie mi jaki jest sens takiego obchodu? Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Szybko odskoczyłam za ścianę, by przybysz mnie nie zauważył. W ręku trzymałam mocno pistolet, a moje serce zaczęło szybciej bić. Jak ja lubię takie akcje! Do środka weszły trzy osoby. Kobieta i dwóch mężczyzn. Jedna dwójka zaczęła rozmawiać o słodyczach, ale nie wiedziałam co się działo z drugim facetem. 
- Masz może tutaj sake gnojku? - zapytał po chwili dobrze znany mi już głos. Moja twarz wykrzywiła się w grymasie złości, a ręce mocniej zacisnęły na broni. Zoro... Zasrany kretyn i gnida... Miałam ochotę wybiec i udusić go właśnie e tym momencie. Mogło się to jednak źle dla mnie skończyć, więc zrobiłam coś innego. Umysłem chwyciłam jeden ze szklanych słojów z jakimiś landrynkami i rzuciłam nim w stojącego pod ścianą mężczyznę. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła, a potem wściekły głos Zoro.

<Zoro? Lucjan? Asami?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz